Jak to bywa z imprezami na orientację, nie obyło się bez małych przygód. Ja zgubiłem buta, a obaj zgubiliśmy bunkier:) Ale po kolei.
Do miejscowości Biały Kościół położonej w obrębie Wzgórz Strzelińskich zajechalismy Bartka Voyagerem - mobilem który z pewnością jeszcze nie raz pojawi się w bajkowych opowieściach. Prowadziłem rzecz jasna ja, bo Bartek wrócił z maniany 3 godziny przed wyjazdem na wyścig:) Dobrze że nie było kontroli antydopingowej... No ale walentynek się nie odpuszcza:D
Już w samochodzie próbowaliśmy ustalić właściwy dobór ogumienia. Mieliśmy do wyboru standardowe górskie wynalazki, których używamy na co dzień albo specjalistyczny, wyrafinowany, własnoręczny wyrób garażowy na warunki zimowe - opony z ćwiekami tzw. pieszczochy. Co prawda opony z kolcami dodają +10 punktów do lansu rowerzysty, ale wyścig niestety nie był na punkty tylko na czas:) Dookoła teren był całkowicie biały. Śnieg prószył przez ostatnie 3 dni - temperatury nieco poniżej 0. Pieszczochy doskonale sprawdzają się na litym lodzie, oraz na ubitym śniegu. Świeży puch nie jest już jednak ich naturalnym środowiskiem. Istniało dodatkowo zagrożenie, że pojawią się gdzieniegdzie czarne asfalty. Nie chcieliśmy krzesać iskier. Wybór padł na klasyczne ogumienie.
Na starcie miało się zjawić 130 osób w tym 40 rowerów, reszta rusza z buta. Piechurzy chyba nie dopisali, rowerów nawet sporo. Krótka odprawa, rozdanie map. Decyzja o zaliczaniu punktów kontrolnych:
-Od dupy strony czy normalnie?
-Po bożemu
-To pycimy
Ruszamy. Pogoda okej, śnieg nie pada. Przed nami ok 35 klocków po śniegu, 8 punktów kontrolnych i tylko 2 bikerów. Chłopaków z inkdividual (pozdrawiamy przyszłych sponsorów:) nie doszliśmy do samego końca. Od startu cisnęli szybciej niż my. Co prawda zgubili się i spotkaliśmy ich na 4 punkcie kontrolnym, ale później widzieliśmy już tylko ich plecy.
Kilka pierwszych kilometrów to krótki zjazd a potem równo, lekko pagórkowato przez wiochy. Asfalt pokryty śniegiem. Można pycić. Czuję ciężar plecaka i wielu warstw ubrań. Niestety ostatnie dwie, to totalnie nieprzepuszczalne ciężkie ciuchy – bawełniana bluza i kurtka wiatrówka. Będą mi doskwierać. Zerkam na pulsometr... za dużo. Wystartowaliśmy bez rozgrzewki. Zbyt późno przyjechaliśmy na start, nie było czasu.
Dojeżdżamy do krzyżówki dróg. Inkdividuale naprawiają coś przy rowerze… nogą. Tuż za nami jeden biker. Wszystkich innych odstawiliśmy. Jechaliśmy w tym pięcioosobowym zestawie przez pewien czas, aż do momentu kiedy udało nam się zgubić bikera zza naszych pleców. Spotkaliśmy się dopiero jak dojechaliśmy na metę. Relaksował się przy kominku pijąc herbatkę. Wybrał doskonały wariant trasy i wygrał wyścig.
Za krzyżówką uderzamy w polną drogę i stopniowo wspinamy się pod górę. Śniegu sporo. Prowadzenie roweru utrudniają niewidoczne spod sypkiego śniegu potraktorowe koleiny, które dodatkowo stwardniały na mrozie. Momentami pojawiają się zaspy. Przez niektóre przejeżdżamy balansując rowerem, wiecznie na granicy wywrotki. Niektóre biorą nad nami górę. Uślizg prawo, lewo, tracisz prędkość, tracisz kontrolę. Leżysz. Próba ruszenia, śnieg po osie, koło kręci się w miejscu. Nie da rady. Trzeba z buta. Podczas jednego z tych spacerów stało się dokładnie to, o co się obawiałem – moje rezerwowe buty rozpadły się. Stare dobre szimanochy z przodu buta oddzieliły się od podeszwy. Tylko pięta spaja jego obie części. Można śmiało powiedzieć, że jadę w skarpetkach SPD. Tak dojadę do mety.
Zaliczamy pierwszy punkt kontrolny na szczycie górki. Do drugiego niedaleko. Teren taki sam. Zmagamy się z zaspami. Dopiero od drugiego PK śmigamy znów asfaltem. Niestety cały czas pod górę. Do zdobycia mamy najwyższe wzniesienie Wzgórz Strzelińskich. Niecałe 400 m. n.p.m, jednak w warunkach zimowych czujemy jakbyśmy wspinali się na Spitzbergen. Rzucamy wszystkie siły w podjazd. Mimo to wyprzedza nas samotny biker, który później okaże się zwycięzcą. Zimne powietrze wypełnia płuca, bawełniana bluza pod kurtką robi się mokra i coraz cięższa. Ogranicza mi ruchy i oddech. Świeci słońce, a my jesteśmy ubrani stanowczo zbyt ciepło. Bezustannie gapię się w pulsometr. Nie schodzi poniżej 179 bpm. HRmax 185 U Bartka zawsze około 10 mniej. Przypuszczamy, że mam wyższy próg mleczanowy, ale po wyścigu to Bartek jest mniej zmęczony. Dochodzimy do wniosku, że to dzięki częstszym odwiedzinom w manianie.
Zaliczam w amoku 3 PK – wiatrak holender. Organizator skutecznie go ukrył. Wciągam łyk żelu energetycznego. Jabłuszko – pycha. Dopadamy 4 punkt kontrolny do którego prowadzi krótki zjazd. Ku naszemu zdziwieniu Inkdividuale i lone biker dojeżdżają z przeciwnej strony. Zjechali kilkaset metrów za daleko. Nie zazdroszczę im bonusowego podjazdu. Chwila na obniżenie tętna i ruszamy dalej. Trudniejszy technicznie kawałek. Udaje nam się wyprzedzić lone bikerea i zrównać z inkdividualami. Razem dojeżdżamy do ruin kościoła. PK nr 5. Chłopaki pompują widelec a ja wędruję w skarpetce przez krzaczory dookoła ruin w poszukiwaniu biało czerwonego lampionu. Szukamy go dłuższą chwilę, a był tuż pod nosem, z tyłu drzewa przy drodze. Żenua. Pycimy dalej. Za miejscowością Krzywina wskakujemy na niebieski szlak. Szykuje się ciężka próba. Górka, dużo śniegu i bardzo nierówne podłoże. Chłopaki zsiadają z rowerów. Ja poddaję się dopiero na ostatnich 200 metrach. Pedały zapychają się śniegiem, który szybko zamienia się w lód, utrudniając wpięcie buta, bądź skarpety. To ta chwila, kiedy zazdrościmy wszystkim posiadaczom Crank Brossów.
Spotykamy pierwszego uczestnika wyścigu, który postanowił zabrać się za fraszkę od dupy strony. To dobrze. Prawdopodobnie ma zaliczone tylko punkty 8,7,6. My mamy już 1-5.
Dobijamy do szczytu wzniesienia i ładujemy szeroką leśną aleją lekko w dół. Zaśnieżona powierzchnia drogi wygląda równo, ale kryje śmiercionośnie głębokie koleiny. Nie myślimy czy są tam jeszcze kamienie. Bach! Płynna praca Foxa ratuje mi życie, ale i tak wyskakuję z pedałów.
W pewnym momencie Bartek nie może wpiąć butów. Śnieg zapchał całe pedały, zbił się i zamarzł. Postanawiamy, że Bartek zostaje na trasie rozkuwając lód śrubokrętem, a ja jadę szukać PK 6. Zostaję zupełnie sam w lesie. Mam wątpliwości, gdzie mam skręcić, ale udaje się. Bartek ładuje śladem kół pozostawionym na śniegu i spotykamy się przy PK 6. Ruszamy dalej. Srogi podjazd. Trzeba zsiadać. Moja skarpetka SPD tego nie lubi. Na dwonhillu nie mogę się wpiąć, ale i tak jest fun.
Wybieramy maksymalnie asfaltowy wariant jazdy. Wyjeżdżamy z lasu i wpadamy na drogi publiczne. Kierowcy nielicznych samochodów, które mijamy chyba jeszcze nie słyszeli o obowiązku jazdy na światłach. Nie mam siły się na to wkurzać;) Dwie miejscowości, dwa podwójne skrzyżowania. Tylko się nie pomylić. Dostrzegam plecy inkdividuali ciężko pracujących pod górę. Za chwilę też tam będziemy. To ostatni trudniejszy technicznie odcinek trasy. Na szczycie Bartek leci do PK a ja wyciągam batonga. Energia jest już na rezerwie. Trzeba mieć trochę pyty na finisz. Liczymy na 3,4 miejsce. Wszak lone bikera zgubiliśmy przed ruinami kościoła, a przed nami tylko dwóch inkdividuali. Jeśli nikt z jadących w przeciwnym kierunku nie był szybszy, to będzie podium.
Krótki zjazd i ładujemy szosą. Wieje nieprzyjemny wiatr i zrobiło się znacznie zimniej. Tempo żenujące – ok. 12-15 km/h, moje tętno nie chce przekroczyć 170 bpm. Bartek ma jeszcze siły, ale łapią go skurcze. Jakoś musimy dojechać. Snujemy się asfaltem. Zdziwienie pojawia się gdy dojeżdżamy do Białego Kościoła, czyli miejsca mety. Zaraz zaraz… gdzie jest PK 8??? Daliśmy ciała i nie zauważyliśmy wielkiego bunkra. Powrót. Pieczątka i walimy na finisz. Daję z siebie resztki sił. Wpadamy na metę. Na pełnym lansie zjeżdżamy po schodach. Brawa, okrzyki - jesteśmy na miejscu … 4 i 5 !? Lone biker za Krzywiną pojechał lepszą trasą. Podczas gdy my pałowaliśmy się na piechotę szlakiem turystycznym, on poleciał krótszą i lepszą ścieżką, a potem trasą rowerową. Gratulujemy.
Jechaliśmy nieco ponad 3 godziny. Suszymy buty i skarpetę SPD przy kominku. Popijamy herbatkę i lecimy do domu.

hej
OdpowiedzUsuńświetna recenzja! czyta się jakbym tam był. ale z tego co widzę to trochę jednak za wysokie progi :)
gratulacje zaszczytnych miejsc 4 i 5 ale czy dobrze rozumiem że było 5 zawodników na rower? :P
pozdr!
było podobno około 40, ale nie czekaliśmy do zamknięcia mety, więc nie wiemy ilu ukończyło.
OdpowiedzUsuńChyba dodam coś o liczbie uczestników w tekście, żeby nie było że zajęliśmy ostatnie i przedostatnie miejsce:)
Recenzja super, też czuję jakbym tam był... :D
OdpowiedzUsuńStronka Fraszki się sypie od momentu jak zadałem pytanie o wyniki... pozostaje czekać.
Dzięki za towarzystwo i rywalizację w zabawnej atmosferze! Na pewno kiedyś Wy zrobicie nam fotkę na mecie... ;-P
Od teraz bierzemy aparat na każdy wyścig:) Rezerwujcie duuuży serwer na galerię fotek:D
OdpowiedzUsuńFraszka dała radę. Do zobaczenia na następnej imprezie tego typu. Następnym razem trzeba się wybrać na wieczór przed startowy z Bartkiem do Maniany, przynajmniej jedna osoba z drużyny inkdividual. Komuś niestety musi przypaść niewdzięczna rola kierowcy. Ale po trzech godzinach snu to bym tam sobie iglo najwyżej zbudował.
OdpowiedzUsuńZapomniałem się podpisać, tak więc gal anonim to ja.
OdpowiedzUsuńNowa strona Fraszki: http://fraszka.artemis.wroclaw.pl/
OdpowiedzUsuńZapraszamy też na Mini Nocną Masakrę w grudniu.
Pozdrawiam
Róża