Z Tomkiem poznaliśmy się w liceum (przy okazji: pozdrowienia dla całej klasowej ekipy!). Od tego czasu, prócz wspólnych wygłupów, szaleństw i imprez, wspólnym tematem zawsze był rower. Korzystając z bliskiego położenia Wrocławia względem gór, z radością eksplorowaliśmy Sudety i Kotlinę Kłodzką. W rowerowaniu zawsze najbardziej kręciła nas przygoda: odkrywanie nowych miejsc, zdobywanie szczytów, gubienie się i ponowne odnajdywanie szlaku oraz radość, jaką dają szybkie zjazdy wąskimi leśnymi ścieżkami. Teraz nazywa się to jazdą enduro, przez kilka lat wspólnego kręcenia był to dla nas po prostu sposób na czerpanie z jazdy maksimum radości.
Gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy o Transalpie, a później o Transcarpatii, wiedzieliśmy że kiedyś – w odległej, nieokreślonej przyszłości – staniemy na linii startu, aby pokonać Alpy czy łuk Karpat. Plan dotyczący Transcarpatii udało nam się zrealizować w 2007, kiedy na skutek nagłego załamania się wakacyjnych planów, 10 dni przed startem zadzwoniłem do Tomka i spytałem „Jedziemy?”. Odpowiedź była oczywiście twierdząca i 10 dni później, dzięki opcji last minute, staliśmy już na starcie w Ustroniu.
W tym roku uznaliśmy że pora spróbować wybrać się na Transalp. Piszę spróbować, bo dostanie się do grona startujących wcale nie jest oczywiste. Z uwagą śledziliśmy wiec informacje pojawiające się na stronie wyścigu. W końcu pojawiła się wiadomość, że 7 grudnia w samo południe ruszają zapisy. Gdy wybiła godzina zero, ze spoconymi dłońmi zaczęliśmy wypełniać formularz internetowy. Uwinęliśmy się w 10 minut, zbyt długo. Chętnych do startu było tak wielu, że znaleźliśmy się poza pierwszymi 400 drużynami dopuszczonymi do startu.
Był jednak jeszcze cień nadziei, a mianowicie transza dodatkowych 100 teamów, losowanych spośród zgłoszeń nadesłanych listownie do redakcji niemieckiego Bike Magazine. Gdy styczniowy numer pojawił się w kioskach, wypełniliśmy formularz, wysłaliśmy go i… czekaliśmy…
12 stycznia pojawia się zaktualizowana lista startowa. „BIKE-onur team Wrocław” znajdował się na tej liście. Wtedy dotarło do nas, że sen o transalpie urzeczywistni się w tym roku. Że 18 lipca staniemy na starcie w niemieckim Mittenwald, żeby 8 dni później dojechać do Riva del Garda we Włoszech.
Czego oczekujemy od Transalpu? Przede wszystkim satysfakcji z przejechania Alp na rowerze i doskonałej zabawy w trakcie wyścigu. Na podium raczej nie staniemy, ale z pewnością będziemy ostro walczyć z zawodnikami jadącymi w podobnym do nas przedziale stawki. Rywalizacja to też część rowerowego fun’u, a my już przekonaliśmy się że ściganie dodaje do MTB dodatkową iskierkę adrenaliny!
Tomek
Bartek
